Phoenix Daytona RS

Sportowe roadstery to wymarły gatunek. Ostatnim jego przedstawicielem było BMW R1200S jego następca, czyli R1200RS, poszedł w stronę turystyki co było wyrokiem dla tego typu maszyn. Dziś nikt do roadsterów nie podchodzi poważnie. Istnieją one na rynku, ale głównie jako retro sprzęty, które mają przede wszystkim dobrze wyglądać. Pod koniec lat 80-tych Moto Guzzi rozpoczęło prace nad maszyną, która miała być odpowiedzią na japońskie sportowe maszyny. Zrobili to typowo w swoim stylu, ale niestety nie odnieśli większego sukcesu, (o tej historii możecie przeczytać tutaj.) co w przypadku Włochów nie jest niczym nadzwyczajnym. Motocykl, który zrobili nazwali Daytona, sprzęt przez lata obrósł legendą i dorobił się rzeszy fanów. Jednym z nich jest Paolo Canattieri.

Moto Guzzi Daytona RS Phoenix

Już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to motocykl seryjny. Zacznijmy jednak od początku. Ten egzemplarz został wyprodukowany w 1997 roku. Jest to poprawiona wersja RS, która charakteryzowała się mocniejszym silnikiem i lepszym zawieszeniem. Maszyna jest w posiadaniu Paolo od  2009 roku. Od tej pory przechodzi ona metamorfozę, która trwa właściwie do dziś.

Daytona RS Phoenix

Paolo uważał, że Daytona RS to świetny i nietuzinkowy sprzęt, ale przez lata jego forma się zestarzała i to w złym tego słowa znaczeniu. Pierwsze modyfikacje dotyczyły więc wyglądu. Oryginalny zadupek zamieniono na element rodem z Suzuki. Ta przeróbka wymagała sporych prac przy tylnej części ramy. Całości nie ułatwiał fakt, że należało tam jeszcze zrobić miejsce dla tłumika, który miał wieńczyć nowy układ wydechowy.

Moto Guzzi Daytona RS Phoenix

Zmianom nie oparła się również owiewka. Starą usunięto, nowa pochodzi z Aprilii RSV1000. Paolo korzysta oczywiście tylko z części górnej. W dolej nadal prężą się dwa chłodzone powietrzem cylindry. Element należało oczywiście dopasować, ale patrząc na zdjęcia trzeba stwierdzić, że proces ten został zakończony sukcesem.

Daytona RS Fairing

Gdy maszyna wyglądała odpowiednio przyszedł czas na silnik. W oryginale motocykl osiągał lekko ponad 100 KM, ta wartość w XXI wieku nie była zadowalająca. Zwiększono więc pojemność do 1225 ccm. Silnik otrzymał tłoki zapewniające większy stopień sprężania. W głowicach zadomowiły się ostrzejsze wałki rozrządu i większe zawory. Na dole jednostki również nie obyło się bez zmian. Wał korbowy co prawda pozostał fabryczny, ale przerobiono go pod nowe korbowody. Zastosowano lżejsze koło zamachowe dzięki czemu widlak lepiej wkręca się na obroty. Przerobiono również układ smarowania tak żeby był on w stanie podołać nowym zadaniom. Ostatecznie silnik legitymuje się mocą na poziomie 150 KM, co jak na jednostkę chłodzoną powietrzem jest wynikiem wręcz fenomenalnym.

Phoenix Daytona RS

Ostatni element układanki to układ jezdny. Seryjnie Daytona w tej kwestii nie miała się czego wstydzić , ale przez dwadzieścia lat pojawiło się na rynku wiele lepszych podzespołów. Podstawową wadą maszyny były koła, a w zasadzie tylna felga, która ze względu na swą szerokość, a raczej „wąskość”, mocno ograniczała możliwości zastosowania odpowiednich opon. Paolo zdecydował się na magnezowe 17-tki Marchesini – tylna felga ma 6 cali szerokości co pozwala na użycie opon o szerokości 190 mm, a więc właściciel ma spory wybór jeżeli chodzi o dobór ogumienia gdyż jest to typowy rozmiar dla współczesnych sportowych motocykli.

Phoenix Daytona RS

Zmianom nie ustrzegł się wahacz, ale jego oryginalna geometria została zachowana. Napęd wałem pozostał niezmieniony – dla purystów to rozwiązanie zawsze jest nie do przyjęcia, ale w Moto Guzzi to tradycja. Dostała je więc również Daytona RS. Przednie zawieszenie to widelec USD Mupo Racing. Za hamowanie odpowiedzialne są zaciski Brembo Monoblock. Z tyłu natomiast mamy zestaw składający się z tarczy hamulcowej rodem z Aprilii R125 i oryginalnego zacisku hamulcowego.

Daytona RS phoenix

Paolo nazwał swój motocykl Phoenix. Trzeba przyznać, że jest to trafne określenie. Daytona RS odrodziła się na nowo niczym mityczny ptak. Restomod to temat delikatny. Niewątpliwie maszyna straciła wiele ze swojego pierwotnego charakteru jednak trzon jej duszy nadal jest na miejscu. Jest nim niewątpliwe widlasty silnik chłodzony powietrzem. Daytona RS nadal pozostała sportowym roadsterem, dzięki przeróbkom może, bez cienia wstydu, konkurować z motocyklami wyprodukowanymi w Japonii. Dla mnie ten sprzęt jest genialny, choć jestem w stanie zrozumieć, że przeróbki jakie w nim zastosowano są zbyt daleko idącym kompromisem.

Tekst powstał na bazie artykułu zamieszczonego na stronie Rocket Garage.

Team Classic Suzuki Katana 1100

Zabytkowy motocykl w oczach przeciętnego Polaka to stary H-D WLA, albo jakieś przedwojenne NSU. W ostateczności do grona weteranów można zaliczyć motocykl z lat 60-tych wyprodukowany w Wielkiej Brytanii. Wysokie notowania mają również krajowe jednoślady, a japońskie sprzęty? Gdzie tam, one to przecież sam bezduszny plastik. Otóż – niekoniecznie, i nie mam tu wcale na myśli jedynej prawilnej Hondy CB 750 z 1968. Maszyny z Kraju Kwitnącej Wiśni są z nami od zakończenia II wojny światowej. Przez lata ukształtowały rynek współczesnych motocykli. To dzięki Japończykom mamy dostęp do – stosunkowo – tanich, szybkich i świetnie wykonanych sprzętów, które potrafią zaspokoić każdego. Zimny prysznic jaki został zafundowany europejskim firmom, po latach, również na nie zadziałał stymulująco. Takie maszyny jak: BMW S1000 RR, czy Triumph Daytona 675 powstały pod presją dalekowschodniej konkurencji. Inżynierowie „wielkiej czwórki” (Suzuki, Yamaha, Honda, Kawasaki) zawsze starali się konstruować motocykle z rozmachem, bez jakichkolwiek kompleksów wobec  kolegów ze Starego Kontynentu. Jeszcze na początku XXI wieku funkcjonował termin UJM – Uniwersalny Japoński Motocykl, zdaje się, że dziś odszedł do historii. Charakterystyczne dla „UJM-ów” były rzędowe czterocylindrowe silniki chłodzone powietrzem i olejem osadzone w klasycznych stalowych ramach kołyskowych. Historia tych sprzętów sięga lat 70-tych, kiedy to szturmem zdobywały one europejskie i amerykańskie rynki. Swoją wartość udowadniały w wyścigach, gdzie tacy kierowcy jak: Eddie Lawson, Wes Cooley czy Fredie Spencer wyciskali z nich siódme poty. Dziś wielu tęskni do tamtych potworów, które oszałamiały mocą i powalały pięknem potężnych silników. Rajem dla zapaleńców są takie imprezy jak Endurance Legends.

Team Classic Suzuki Katana Guy Martin
Team Classic Suzuki Katana Guy Martin

Wyścigi motocykli, którym na główce ramy stuka już trzeci krzyżyk to niepowtarzalny spektakl. Firma Suzuki czynnie bierze udział w tym cyrku i co roku przygotowuje specjalny motocykl. Team Classic Suzuki w 2017 roku wystawił Suzuki GSX1100SD Katana, który uważany był za najszybszy jednoślad swoich czasów. Ojcem tego cuda jest Hans Muth – inżynier, który do Hamamatsu przywędrował z dalekich Niemiec. Oprócz niego za projekt odpowiedzialni byli: Jan Fellstrom i Hans-Georg Kasten. Panowie zafascynowani się projektami aerodynamicznych motocykli MV Agusty. Ich „dziecko” również miało korzystać z dobrodziejstw oporów powietrza. Priorytetem przy tworzeniu, skromnego jak na dzisiejsze czasy, „bodykitu” była stabilność przy dużych prędkościach. Twórcy nie zdecydowali się na pełne owiewki, ograniczyli się tylko do odpowiedniego kształtu zbiornika i zadupka. Wisienką na torcie był charakterystyczny dziób, który miał tyleż przeciwników, co zwolenników. Technicznie Katana bazowała na GS1100. Posiadała więc stalową kołyskową ramę i świetnego czterocylindrowca, który generował 111 KM. W 1981 roku dane te robiły wrażenie na każdym. Team Classic Suzuki, wziął jeden z egzemplarzy Katany i tchnął w niego nowe życie, nie tracąc wiele z charakteru jaki ukochali fani klasyków.

Team Classic Suzuki Katana 2017
Team Classic Suzuki Katana 2017

Regulamin Endurance Legend pozwala wystawić motocykl wyprodukowany do roku 1995 o pojemności od 750 do 1300. Jest możliwość uczestnictwa w imprezie młodszą konstrukcją, ale tylko wtedy gdy uzyska się zgodę organizatora. Wyścigowa Katana została zbudowana w Wielkiej Brytanii, na oczach publiczności. Maszyna ta – jak wszystkie wcześniejsze – miała być jeżdżącą reklamą możliwości Team Classic Suzuki.

Team Classic Suzuki Katana Engine
Głowica Suzuki Katana
Team Classic Patrs Suzuki
Wahacz Suzuki Katana

Japońskie sprzęty z lat 70-tych i 80-tych słynęły z tego, że możliwości ich silników przewyższały możliwości układów jezdnych. Czasy sztywnych ram z lekkich stopów i widelców USD dla sprzętów seryjnych miały dopiero nadejść. Osobą odpowiedzialną za przerobienie Katany był Tim Davies – gość, który stworzył również poprzednie wyścigówki Team Classic Suzuki, czyli: TL1000S i GSX-R750 pierwszej generacji. Tak doświadczony mechanik zdawał sobie sprawę, że przede wszystkim musi zainwestować w układ jezdny. Oryginalne zawieszenie poszło w odstawkę, w zamian zainstalowano elementy firmy K-Tech. Regulamin mówi, że nie wolno montować układów o innej zasadzie działania niż posiada oryginał. Mamy tu więc klasyczny widelec z pełną regulacją. Z tyłu zadomowił się wahacz Sweet Fabrications wyposażony w dwa – również regulowane – amortyzatory. Koła z magnezu wykonała firma Dymag. Są to współczesne 17-tki – fabryczny rozmiar nie ma w dziś racji bytu. Moim zdaniem po tej zmianie Katana mocno zyskała na wyglądzie, choć nie sądzę by ktoś brał to pod uwagę przy wyborze.

Spa Francorchamps 4h Endurance Legends 2017
Spa Francorchamps 4h Endurance Legends 2017
Team Classic Suzuki Katana
Team Classic Suzuki Katana

Silnik pochodzi z modelu 1150, ale również nie ustrzegł się zmian. Zwiększono pojemność o 70 ccm. Nowy – bardziej „agresywny” jest rozrząd. Charakterystyka jednostki napędowej zmieniła się w sposób, który pożądany jest podczas wyścigów. Żeby olejak podołał większym obciążeniom zmieniono wszystkie łożyska, a także zainstalowano mocniejsze korbowody i tłoki. Składanie maszyny odbyło się podczas targów motocyklowych w Londynie, zabieg odniósł spory sukces marketingowy. Swoją wartość Katana miała udowodnić na torze Donington Park.

Guy Martin
Guy Martin

Czterogodzinny wyścig Endurance Legend pomimo tego, że ścigają się w nim motocykle pełnoletnie nie jest imprezą dla mięczaków. Tutaj zawodnicy walczą o każdy skrawek asfaltu. Za sterami wyścigówki zasiedli: James Whitham, Michael Neeves, Steve Parrish. Treningi okazały się obiecujące, udało się nawet wykręcić najlepszy czas. W kwalifikacjach walkę o pole position pokrzyżowała pogoda, ostatecznie Team Classic Suzuki wykręcił szósty czas – nie było najgorzej, szansę na zwycięstwo nadal były sporę. Tuż po starcie Whitham awansował na trzecią lokatę, tempo pozwalało sądzić, że kolejne awanse w klasyfikacji to tylko kwestia czasu. Gdy nad torem zawisła czerwona flaga, Whitham w wyniku poślizgu przedniego koła upadł. Gleba okazała się tragiczna w skutkach nie dla kierowcy, a dla motocykla. Zawodnik próbował jeszcze go odpalić i dotrzeć do boksów, niestety uszkodzenia uniemożliwiły jazdę. Nie jest to jednak koniec tej historii.

Endurance Legend 4h Spa Francorchamps
Endurance Legend 4h Spa Francorchamps

Motocykl został odbudowany. Za dwa dni (czyli 2 lipca 2017 roku) wystartuje w kolejnym wyścigu Endurance Legend. Tym razem impreza odbywa się na torze Spa, słynącego z zakrętu Eau Rouge, który bez odjęcia gazu potrafią przejechać tylko najlepsi zawodnicy. Oprócz tego belgijska pętla uznawana jest za jedną z najtrudniejszych na świecie. Tym razem za sterami zasiądzie Guy Martin, który już kilkakrotnie reprezentował Team Classic Suzuki i Pete Boast – Brytyjczyk mający spore doświadczenie w wyścigach Endurance, a także Flat Track. Czy Belgia będzie dla Suzuki łaskawa? Czy tor, który potrafi być piekłem dla zawodników okaże się przyjazny dla starego japońskiego olejaka na sterydach? Dowiemy się już w niedzielę.