Mój antytop, czyli najgorsze, co przytrafiło się jednośladowej historii.

Na wstępie chciałem napisać, że poniższy tekst jest opinią blogowego marudy, który pogodne letnie wieczory spędza przed komputerem, zamiast nawijać kilometry, albo pić piwko w garażu. Prosiłbym więc żeby do tych wypocin podejść z odpowiednim dystansem. Zaczynamy!

W motocyklowym świecie wiele jest wspaniałych maszyn, na widok których serce próbuje wyskoczyć z klatki piersiowej, mózg zdaję się brać wolne, a ręka sama sięga po telefon, żeby dzwonić po chwilówkę. Pośród tych wszystkich wspaniałości jest jednak kilka łyżek dziegciu. Niektóre są tak ohydne, że aż boję się o nich pisać, ale dziś zebrałem się w sobie i wyleję na monitor, za pośrednictwem klawiatury, wszystkie moje motocyklowe frustracje. Trzymajcie się mocno i wybierzcie się ze mną w tę ohydną podróż.

 

„Born tu rajd, to je czoper panie, motor z duszą – etiuda do Yamahy Virago”

Yamaha Virago

W 2011 roku kupiłem Intrudera 750, nasłuchałem się AC/DC, nabyłem chustę z napisem: „Slayer god hates us all” (to jest tytuł płyty zespołu Slayer), wytargałem z szafy ramoneskę którą dostałem na osiemnastkę, wypastowałem glany i zostałem Chopperowcem. Oczami wyobraźni widziałem kolegów ścigających się ze mną od świateł do świateł. Knajpy, gdzie będę słuchał stoner rocka, a pod, którymi będą stały bobbery, choppery i inne wypasione maszyny. W rozmowach z kolegami motocyklistami miały przewijać się tematy o wyższości ramy softail, nad hardtail… ależ się kierwa pomyliłem! W zamian dostałem festyny z motocyklami w tle, parady i podchmielonych typów upalających swe „czopery” przy piskach lokalnych przedstawicielek płci piękniejszej. Nie to było najgorsze, najgorsze były rozmowy o tym, co jeszcze powinien posiadać czoper. Czoper posiadać powinien wszystko, kierwa wszystko, co tylko przyjdzie wam do łba! Kity, krawaty i orzełki to tylko początek tej ciemnej drogi. Ci bardziej wtajemniczeni uderzają w radia (po kiego grzyba radio w motocyklu!!!). Najlepsze są jednak chromowane obwódki i osłony. Osłony wszystkiego, co można osłonić, a nawet tego co nie można. Najwyższą formą czoperowania są figurki, lalki i inne pacynki. Taki rydwan zajebistości zazwyczaj prowadzi bajker, taki z tych prawdziwych, który uznaje tylko prawdziwe motory, CZOPERY! I on wie, które to są te prawdziwe i wszystkim o tym przypomina. Plastik nie jest dla niego. Warto wspomnieć, że rzeczonym plastikiem jest każdy motocykl nie będący czoperem. Czyli jak masz świetnie zachowane Moto Guzzi Le Mans z 1979 roku, to chuja się znasz, bo nie masz czopera, nie masz motoru z duszą! Taki bajker pomyka w kasku rodem z Wermachtu, którego kupił na „bajzlu” za 35 zł. Dalej to już wedle uznania, frędzle, naszywka ‚Lone Wolf” (się kierwa wilki po pięćdziesiątce znalazły, buntownicy od środy do niedzieli) i wygodne adidaski, żeby przewiew był. Czoper to przecież motor spacerowy. Wspomnianym czoperem bywa najczęściej Yamaha Virago 535. Nie wiem co ten motocykl w sobie ma, że przyciąga „tych prawdziwych bajkerów”, ale działa na nich jak lep i za to go nienawidzę. Yamaho zabiłaś we mnie Chopperowca, spaliłem przez ciebie ramoneskę i wywaliłem glany na śmietnik. Zgiń maro przebrzydła!

 

„Jestem najrozsądniejsza na tym parkingu, czyli najbrzydsza dziewczyna w klasie – Honda Deauville” 

Honda_Deauville_NT650V_Castielli

Zastanówcie się, po co kupujecie motocykle? Czego w nich szukacie? Ja szukam emocji, pięknej bryły i historii. Każdy mój motocykl musi mieć tę iskierkę, która sprawia, że go pożądam. Niech mi ktoś wytłumaczy, kto przy zdrowych zmysłach może pożądać Hondy Deauville? To największa jednośladowa kaszanka jaka została wyprodukowana. Stylista tego dzieła chyba na co dzień projektował kuchenki mikrofalowe. Tak pokracznej sylwetki nie ma nawet Ducati Multistrada. W ramie drzemie widlasty silnik, więc może chociaż fajnie będzie szedł od dołu… Nie, kierwa ten wynalazek przyspiesza jak Mercedes W124 200D. Może więc chociaż nadaje się do turystki? Tak, nadaję się, ale tylko wtedy gdy jesteś w stanie zaakceptować zerowe osiągi i to, że wraz ze wzrostem obciążenia staną się one ujemne. Czy są jakieś plusy? Są, można nim zrobić pół miliona kilometrów wymieniając tylko olej, ale kto normalny skazywałby się na takie tortury? Nikt! Jakimś dziwnym trafem ta kupa na dwóch kołach ma swoich fanów, którzy są z niej zadowoleni. No cóż, nie oceniam ludzkich wyborów. Hondo Deauville zapamiętaj sobie. Motocykl ma dwie funkcje. Jedna to dawanie przyjemności, a druga to ukazywanie się młodym pasjonatom na plakatach. Ty nie nadajesz się ani do jednego, ani do drugiego. Giń!

 

„Zabiłeś najlepszą motocyklową koncepcję, kiedyś za to zapłacisz – Kawasaki Z1000” 

2003-Kawasaki-Z1000c

Był piękny jesienny dzień 2003 roku, szedłem do salonu Kawasaki, by kupić flagowego nakeda w jedynie słusznym kolorze, czyli pięknej zieleni. Oczami wyobraźni już widziałem się na Kawasaki ZXR 1200R. Wchodzę, a tam gówniany streetfighter, który spodobałby się tylko jakiemuś fanowi anime, czy innej mangi. „No kierwa mać!” – zakrzyknąłem, od tej pory go nienawidzę. Nie no dobra, w 2003 roku to ja ganiałem z plecakiem na PKS, a nie kupowałem motocykle i to jeszcze nowe. Nie zmienia to faktu, że już wtedy go nienawidziłem, że tego Z1000. Z czasem moja nienawiść rosła. Z1000 był pierwszym power nakedem, który zdobył dużą popularność. To właśnie przez niego w niepamięć odeszły UJM-y, czyli sprzęty pokroju Yamahy XJR, czy Suzuki GSX1400. Choć przez wiele lat te koncepcje egzystowały równolegle, to świat zakochał się w power nakedach. Kawasaki rozwijało serię Z i zarobiło na niej niemałe pieniądze, gdy już powoli zaczynałem się przekonywać nadeszły kolejne generacje, które są tak przesadzone stylistycznie, że na ich widok na kolorowe pawie się zbiera. Z1000 – nienawidzę cię, ale muszę przyznać, że jesteś kompetentnym motocyklem, który całkiem fajnie jeździ, więc może się zrehabilitowałeś? Nie! Nigdy nie wybaczę ci tego co zrobiłeś z rynkiem dużych nakedów i tego jak wyglądasz.

PS. Tak naprawdę power nakedy są fajne, ale nie przyznam się do tego otwarcie. 😛

 

„Miałeś być cafe racerem, ale nie byłeś nawet cafee – Triumph Thruxton 900”

Triumph Thruxton

Z cztery lata temu zadzwonił do mnie właściciel zaprzyjaźnionego komisu. Mówi, „mamy Thruxtona 900, jak wpłacisz kaucje to możesz go przetestować”. Bierz moje pieniądze, jutro jestem! No napaliłem się srogo. Spodziewałem się, że dosiądę twardego skurczybyka, który sponiewiera mi mój kręgosłup, ogłuszy bębenki i zadziwi charakterem. Całą noc czytałem o cafe racerach i tym jakie to one były ostre. Wsiadłem rano do fury, wcześniej wrzucając do niego buty i kask, gnałem na spotkanie z legendą. Toż to Triumph, krew z krwi potomek tych legendarnych drogowych wymiataczy. Ujrzałem go, był żółty lekko brudny. „Rasowa bestia” – pomyślałem. Ubrałem się w motocyklowy mundurek, załatwiłem formalności, wziąłem kluczyki i wyruszyłem na podbój śląskich kafejek. No i się kierwa w życiu tak nie zawiodłem! Poczułem się jakbym poderwał piękną dziewczynę, a ona miałaby włosy pod pachami. Thruxton pierdział jak 125. Charakterystyka silnika była miałka jak 487 odcinek Klanu. Prowadzenie było absorbujące jak jedzenie wczorajszej bułki z pasztetem. Więcej emocji dało mi Suzuki GS500. Thruxtonie jak ty mnie wkurzyłeś. Jesteś autentyczny jak influenserki z Instagrama. Nienawidzę cię!

 

Na szczęście Triumph wreszcie odrobił lekcje i obecnie jego neoklasyki są genialne.

 

Jeśli po przeczytaniu tego tekstu macie ochotę ustalić mój adres i wyprostować mój skrzywiony gust, to chciałbym was uspokoić – choć w większości piszę tu prawdę, to niewątpliwie mocno generalizuję pewne zjawiska i specjalnie wyolbrzymiam.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: