Soichiro-Honda-Success-Story

Honda – the power of dreams… czy jakoś tak.

James May stwierdził w jednym ze swoich programów, że żeby zostać motoryzacyjną potęgą trzeba najpierw przegrać wojnę. Ja się z nim zgadzam. Alianci upojeni swoim sukcesem najpierw niezbyt przykładali się do tego co wypuszczają ich fabryki, a później zajęli się zbrojeniem przed kolejnym wrogiem wolnego świata, czyli ZSRR. Pokonani w II Wojnie Światowej stali się elementem gry politycznej i pozbawiono ich możliwości rozwoju militarnego. Niemcy i Japończycy mieli kadrę inżynierską, która musiała coś robić. Skoro nie mogli się realizować w jednej dziedzinie to robili to w innej. Pod ochronnym płaszczem wielkiego brata urodziły się dwie wielkie potęgi motoryzacyjne – niemiecka i japońska. Nasi zachodni sąsiedzi wynaleźli motoryzację więc nie dziwi fakt, że po wojnie – gdy warunki na to pozwoliły – to oni zaczęli trząść tym przemysłem. Zupełnie inaczej wyglądała japońska droga do chwały. W drugiej połowie lat 40-tych ten kraj był motoryzacyjnym trzecim światem. Społeczeństwo cierpiało niedostatek, a nad dumnym narodem japońskim górował okupant. Dla wielu była to największa skaza na honorze. W takich warunkach narodziła się japońska rewolucja, która zmiotła cały światowy porządek motocyklowy. Głównym aktorem tamtych dni był Soichiro Honda, facet który stworzył największą i najbardziej kontrowersyjną markę motocyklową (na potrzeby opowieści oddział samochodowy pomijamy całkowicie) w historii – Hondę.

Soichiro Honda

Honda jest jak grzeczna, zawsze przygotowana do zajęć studentka. Taka, która jest spokojna i ułożona. Od czasu, do czasu wypije na imprezie jednego drinka za dużo i wstępuje w nią szaleństwo, które sprawia, że przyćmiewa nawet największe imprezowiczki. Zapomnijcie o Harleyu-Davidsonie, który jedzie na coraz bardziej wyblakłej legendzie, nie myślcie o Ducati, które trzyma się swojej wąskiej niszy, i choć jest w niej bezkonkurencyjne, to zawsze kieruje swe produkty do wybranej grupy klientów. Honda jest najlepsza we wszystkim. W budowaniu charakternych bestii, w brylowaniu na wyścigach i robieniu totalnie bezpłciowego chłamu, który nadaje się tylko do jeżdżenia, bo emocji nie ma w nim żadnych. Jak ktoś zorganizuje konkurs na najbardziej intrygujący motocykl w historii to na „pudle” na pewno pojawi się jakaś Honda, ale gdy konkurs będzie dotyczył najnudniejszego motocykla w dziejach to również w czołówce będzie Honda. Choć moim zdaniem Honda ten konkurs wygra. Kocham Hondy i nienawidzę ich jednocześnie, to jest dziwne uczucie.

Honda Super Cub

Potężne przedsiębiorstwo jakie zbudował Soichiro rodziło się w bólach i w atmosferze, która zniszczyłaby nawet najsilniejszą jednostkę. Nie chodzi mi tu o beznadziejną sytuację jaka panowała w owym czasie w Japonii, a o to jak przez lata postrzegano markę. Zacznijmy jednak od początku, czyli od tego, że jest to historia od zera do bohatera. Soichiro pochodził z niezamożnej robotniczej rodziny. W latach młodości wpojono mu, że solidność to najważniejsza cecha dobrego mechanika. Zaczynał od rowerów. Po założeniu swojego przedsiębiorstwa wymagał od pracowników, ale i od siebie, bezkompromisowego podejścia w tej kwestii, nawet kosztem wydajności. Pierwszym wielkim projektem był Super Cub (na zdjęciu powyżej). Ten motocykl wyrósł z potrzeb rodzimego rynku. Japończyków nie było stać na samochody. Super Cub miał zaspokoić indywidualne potrzeby transportowe. Maszyna miała być prosta i tania – i taka była. Nie oznacza to, że była prymitywna. Przeciwnie, to naprawdę mądrze zaprojektowany miejski pojazd. Motocykl ten odniósł fenomenalny sukces na całym świecie. Jest do dziś w produkcji! Podobno najwyższą formą docenienia jest naśladownictwo. Spoglądnijcie na silniki tych wszystkich chińskich i koreańskich moplików dostępnych w supermarketach – no właśnie. Wszystkie wzorowane są na Hondzie z lat 50-tych, a często są jej prymitywną kopią.

Honda

„Najmilszych ludzi spotkasz na Hondzie” – znacie to hasło? A może to – „Wolę mieć siostrę w burdelu niż brata na Hondzie”. W połowie XX wieku największym rynkiem motocyklowym było USA (jest nim zresztą do dziś). Żeby zaistnieć w świadomości motocyklistów trzeba było sprzedawać tam swoje produkty. Soichiro zawsze mierzył wysoko i nigdy nie spoczywał na laurach. Pojawił się więc za oceanem i spotkał się z taką falą nic nie wnoszącego hejtu, że to że się wtedy nie wycofał i nadal brnął w przedsięwzięcie pod tytułem „japoński motocykl” sprawia, że mój barometr szacunku wyskakuje ponad skalę. Hart ducha i stalowe nerwy to za mało, wytrzymać to mógł tylko geniusz i wizjoner chorobliwie wierzący w to co robi. Gdzieś w połowie lat 60-tych Honda weszła do awangardy technologicznej i to nie tylko motocyklowej, ale ogólnej. Stało się to za sprawą sześciocylindrowej Hondy RC166, ten motocykl można postawić obok radzieckiego Suptnika i statku Apollo 11. Był tak zaawansowany w swoim czasie. Pomimo tego komercyjne maszyny Hondy uważano za bezczelne kopie angielskich pomysłów. Nie zgadzam się z tym zupełnie. Wiem, teza kontrowersyjna, ale pozwólcie, że postaram się ją obronić. W latach 60-tych były dwie szkoły budowy motocykli: amerykańska i europejska. Europejczycy powoli wyprzedzali technicznie Amerykanów. Hondy miały być wydajne i najlepsze, więc siłą rzeczy były podobne do tego co oferowały firmy brytyjskie. Owszem, wzorowano się na produktach ze Starego Kontynentu, ale na Boga, Soichiro nie kopiował. Bo jeśli pójść tak daleko to wszyscy od siebie kopiowali, a to nie jest prawda. W 1968 zadebiutował najważniejszy motocykl w historii, który zmienił wszystko – CB750 Four. Pisałem o tym sprzęcie wiele razy, nie będę się powtarzał. Cebula zmieniła wszystko, choć w latach 60-tych jeszcze niewielu zdawało sobie z tego sprawę.

Honda otworzyła drzwi przez które weszło Suzuki, Kawasaki i Yamaha. Wszystkie te marki musiały zmagać się z piętnem gorszego, ale to Honda zbierała najwięcej ciosów. Amerykanie drwili z japońskich maszyn uważając je za nic nie warte jednorazówki. Historia pokazała, że byli w błędzie. Soichiro z uporem maniaka schlebiał klientom, którzy go nienawidzili. Imał się wszystkich możliwych form jednośladu zawsze będąc w awangardzie. Oficjalnie wyszydzana, w głębi duszy robiła wrażenie na każdym. Honda nie miała złych, czy nieudanych modeli. Miała wiele nudnych maszyn w ofercie, ale nadal były to świetne i dopracowane motocykle. Beton był bardzo twardy, ale japoński młot niezwykle wytrwały, zbijał go rok do roku, a on wciąż się kruszył. Pozycja Hondy rosła z każdym rokiem. Producent jednak nie osiadał na laurach, zawsze prezentując coś co przesuwało granice o kolejna bazę. Dopiero w pod koniec lat 90-tych doceniono Hondę i resztę japońskiej ekipy. O wiele lat za późno.

W 1991 Soichiro opuścił ten ziemski padół. Zostawił po sobie wielkie dziedzictwo. Wiele lat sukcesów sportowych, wspaniałych motocykli i tego najważniejszego, tego któremu dziś powinniśmy stawiać pomniki. Po śmierci twórcy Honda jakby trochę zwolniła. Lata 90-te zaczęła świetnie, w drugiej połowie dekady włączyła się do batalii o 300 km/h genialnym CBR 1100 XX Blackbird, nie wiedzieć czemu gdy Suzuki zaprezentowało Hayabusę Honda odpuściła i ucywilizowała swój najszybszy motocykl. Jednak nawet wtedy pozwoliła sobie na szczyptę szaleństwa i odarła XX-a z owiewek – wtedy nikt się tego nie spodziewał. Właśnie za to uwielbiam Hondę, za nieprzewidywalność, którą zawsze potrafi zaskoczyć. Honda jest jak grzeczna studentka… a już o tym pisałem – nadal taka jest.

2018 CB1000R

Dziś, w 2018 roku prestiż i pozycja Hondy wydaje się niezagrożona, choć nadal ma ona wielu przeciwników. Dziś Japończycy nie muszą już o nic walczyć, dziś to oni rządzą motocyklowym światem, a europejskie tuzy próbują gonić dalekowschodnich rywali i wychodzi im to coraz lepiej. Potęga Hondy urodziła się w umyśle jednego człowieka i to on tworzył ją własną krwawicą, ambicją i nieustępliwością. Soichiro Honda przecierał każdy motocyklowy szlak, To za nim podążała reszta. Ten Japończyk już na zawsze pozostanie najważniejszą postacią w motocyklowej historii. Nie dlatego, że był pionierem, ale dlatego, że zmienił wszystko. Wywindował motocykle na niewiarygodny poziom zaawansowania i oddał je szerokim masom klientów. Za to należy mu się dozgonny szacunek – The Power od Dreams HONDA!

 

Pozostaje jeszcze jedno pytanie. Czy nie rodzi nam się kolejna rewolucja w motocyklowym rynku? Nowym pretendentem do tronu mają być Chińczycy. Pogardzamy produktami tego kraju, jako wzór stawiamy japońskie konstrukcje. Czy jesteśmy takimi samymi ignorantami jak Amerykanie w latach 60-tych? Uważam, że nie. Chińczycy nie promują żadnej swojej marki, nie stawiają na innowacje. Swoje produkty lokują w najniższych klasach pojemnościowych i wydaje się, że nie ciągnie się za nimi żadna innowacja. Japończycy od początku swojej inwazji stawiali na wydajność i nowoczesność, Chińczycy tego nie robią. Mogę się oczywiście mylić, bo każda rewolucja jest inna, ale sądzę że z takim podejściem Chiny jeszcze długo nie będą się liczyć w stawce. Chyba, że nagle zmienią podejście… Co jest bardzo możliwe. Pożyjemy zobaczymy.

 

PS. Honda Deauville to najbardziej paskudny, bezpłciowy i nudny motocykl w historii – nienawidzę go. Choć nadal to świetna konstrukcja.

 

 

4 thoughts on “Honda – the power of dreams… czy jakoś tak.

  1. A ja nie nawidzę tych soft chpperów z lat 80. (Choć sam miałem przez krótki okres czasu Ymahę XS 400 Specjal i ujeżdżałem Kawasaki 440 LTD). Ale dotrwały do dziś i maja pewną grupę zwolenników. Japońskie konstrukcje z 60tych-70tych-80tych-90tych XX wieku nadal cieszą oko i są w ciągłej eksploatacji. To tylko utwierdza w przekonaniu na jakim poziomie technicznym była japońska myśl techniczna. Dziś mamy już epokę motocykli komputronów( czytaj gier nintendo) Trudno ocenić które produkty są lepsze. Dostęp do technologi jest wyrównany dla każdego liczącego się producenta motocykli. Nawet Peugeot chce wracać do korzeni i zacząć budować ponownie motocykle. Co świadczy o tym że poziom technologiczny jest dość wysoko zaawansowany i wyrównuje szanse wszystkim tym co chcą coś udowodnić światu i sobie. Tylko obym nie dożył czasów że kierowca na motocyklu będzie tylko pasażerem.

  2. Deauville – owszem, nudy.

    Ale to przeciez ta studentka, ktora na pierwszym roku byla wszystkim, umiala wszystko a i wypic lubila czesto: NTV REVERE. 😉

  3. Pod wszystkim w tym artykule podpisuje sie rekoma i nogami oprocz jednego: twierdzenia, ze Honda nie wypuscila nigdy kiepskiego motocykla. W moim odczuciu takim bublem byla VF 750 Sabre. Na pierwszy rzut oka bardzo zaawansowane V4 z awangardowymi trzema (!) wyswietlaczami lcd w tym jednym graficznym (kilka pikseli, ale to byl poczatek lat 80-tych!), tyle ze to wszystko nie dzialalo… Problemy ze smarowaniem w glowicach sprawialy, ze dzwigienki zaworowe trzaskaly jak zapalki. Pozniej zmieniono gorne magistrale olejowe, ale to nie wyeliminowalo problemu w 100%). Tylne cylindry bez powodu gubily iskre, aby za jakis czas ja odzyskac rowniaz bez wyraznej przyczyny. System automatycznego wylaczania kierunkow raz dzialal, a raz nie, ale to akurat zaden zarzut, bo w kostrukcjach AD 2018 tez bywa z tym roznie. Srodkowy, diagnostyczny „telewizor” pokazywal nie tylko rzeczywiste awarie, ale czasem „wymyslal” sobie problemy mimo, ze dany uklad dzialal. Generalnie, to jedna z nielicznych Hond, co do ktorej mimo zachowania nalezytej kultury serwisowej, nigdy nie bylo pewnosci, czy wroci z przejazdzki na wlasnych kolach. Przedtem i potem tez byly rozne wpadki, jak chocby GL-e wypluwajace uszczelki glowic, czy wezykujace ST 1300, ale te motocykle bronily sie jako calosc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: