Suzuki GSX1400

(Mój) motocyklowy top 10

Każdy pasjonat motoryzacji ma swoje ulubione maszyny. Wielu jest takich, którzy mają jedną ukochaną i dążą do tego by ją posiadać. Ja nigdy nie miałem jednego wymarzonego motocykla. Już na początku swojej pasji potrafiłem ślinić się do Yamahy XVS 650 Drag Star tylko po to ty za chwilę spoglądać pożądliwym okiem na Hondę CBR 1100 Blackbird. Było to dawno, bo gdzieś na początku wieku. Gdy już dorobiłem się pierwszej poważnej pracy, zacząłem zbierać na motocykl. Kupiłem Intrudera VS750. Niewątpliwe był to fajny sprzęt, ale nie czuje do niego sentymentu. Gdy odjeżdżał nie zrobiło mi się nawet smutno. Potem był Intruder 1400 z jedyną prawilną czterobiegową skrzynią biegów. Ten skurczybyk już wrył się w moja pamięć. Chopper z dużym silnikiem to świetna sprawa, a to Suzuki miało charakter, włożyłem w niego masę serca, a i niejedno piwo z nim wypiłem. Rozstałem się jednak z nim i kupiłem GSX-a 1400. Wszystkie moje sprzęty pochodziły z Hamamatsu, może to wyglądać na to, że jestem jakimś fanbojem tej marki, ale nie. Nie licząc dużego Intruza moje motocykle kupiłem raczej z przypadku. Jak wspomniałem, nie mam jednego wymarzonego motocykla. Mam jednak garaż marzeń i dziś chciałem Wam go pokazać. Zaczynamy!

10. Honda GL1000

Ranking otwiera motocykl wydaję mi się, że nie do końca oczywisty. Za co tak doceniłem tę Hondę? Pierwsza generacja Gold Winga była zupełnie czymś innym niż kolejne. W swoim czasie motocykl imponował nowoczesnością i osiągami. Nie był przeznaczony dla klientów szukających sportowych emocji, raczej dla statecznych facetów chcących mieć szybki sprzęt. Jest to absolutny top jeżeli chodzi o połowę lat 70-tych pod względem rozwiązań technicznych. To klasyk, którym bez cienia stresu możemy poruszać się dziś i na pewno nie będzie on zawalidrogą. Następne generacje mocno utyły i już nie do końca trafiają w moje gusta. Pierwszy z rodu miał jednak klasę i za to go lubię.

9. Harley-Davidson Hydra Glide Bobber

Miałem okazję zaprzyjaźnić się w życiu z kilkoma Harleyami i zawsze było fajnie. Wielu wytyka tym motocyklom wykończenie na poziomie radzieckiej tokarki i niewątpliwe w wielu przypadkach jest to prawda. Druga sprawa sporu snuje jakieś pierdoły o wolności, zachodzącym słońcu (swoją drogą nie ma nic bardziej irytującego niż jazda pod słońce, ale może ja się nie znam) i stylu życia. Ja lubię Harleye za to jakie są. Nic nie udają i to mi się podoba. Cała otoczka wokół nich mnie śmieszy bardziej niż porywa. Dlaczego więc w moim garażu marzeń zamieszkałby bobber? Ponieważ to jedna z najbardziej szczerych form motocykla i zwyczajnie mi się podoba, ale koniecznie bobber musiałby być oparty na Hydrze Glide.

8. BMW K1 

Pierwszy niemiecki hyperbike i jakby się tak głębiej zastanowić, to chyba pierwszy w ogóle, a na pewno, pierwszy zbudowany według prawideł, które doprowadziły motocykle do 300 km/h. Wiem, że ma tylko 100 KM, ale jego forma jest tak inna od wszystkiego co widujemy na ulicach, że niewątpliwe chciałbym go mieć. Nie bez znaczenia są tu ekscentryczne rozwiązania technologiczne takie choćby jak wzdłużnie umieszczona rzędowa czwórka. Motocykl ma też ABS i wiele innych smaczków. Więcej o tym sprzęcie możecie przeczytać tutaj, a ja tymczasem mój garaż wypełniam dalej i obok BMW ląduje:

7, Kawasaki Z1300

Przełom lat 70-tych i 80-tych to czas gigantomanii i dziwnych pomysłów. Nic wtedy nie było niemożliwe. Sześciocylindrowa bestia z silnikiem DOHC chłodzonym cieczą… „potrzymaj mi piwo” – cyk i klient może zakupić taki w salonie. Motocykl absurdalny, wspaniały i pomnikowy. Materializacja chorej ambicji i pokaz możliwości. Ten motocykl jest przesadzony jak bazylika w Licheniu, ale ma dużo więcej stylu i nie śmierdzi kiczem (no może trochę ;-)). Jest też najlepszym sześciocylindrowcem jaki powstał w tamtym czasie. Ma 120 KM i zawieszenie, które dziś nie zostałoby zamontowane nawet w 125-tce. Tak, muszę kiedyś mieć takie Kawasaki. Jego całą historię możecie poznać tutaj.

6. Honda CB750 Four 

Są rzeczy ważne, ważniejsze i jest Honda CB750. Dla mnie jest to najważniejszy motocykl w historii. Ucieleśnienie geniuszu Soichiro Hondy i pierwszy nowoczesny jednoślad. To jest motocyklowy Jezus – mesjasz, któremu już zawsze musimy oddawać cześć. Honda ma też jeszcze inne zalety, za które również ją lubię. Pojedzie prawie 200 km/h i można na niej oko zawiesić na długie godziny. Mój garaż marzeń nie mógłby obyć się bez tej maszyny i choć nie jest to motocykl, którego najbardziej pożądam, to jest to ten… najważniejszy. Całą historię narodzin Jezusa na dwóch kołach możecie poznać tutaj. No i jeszcze jedna sprawa – na bazie tej Hondy powstała najseksowniejsza wyścigówka jaka ścigała się po torach wyścigowych. 😉

5. Bimota Tesi 

Dokładny opis tego motocykla jeszcze się pojawi na łamach tej strony, a tymczasem spójrzcie na nią. Czyż nie jest wspaniała? Zawieszenie oparte na wahaczach, forma idealnie zakorzeniona w końcówce lat 80-tych. Magia małej włoskiej stajni i te barwy. Kupiłbym ten sprzęt i jeździł nim po bułki tak długo aż mój kręgosłup by się zbuntował, a jak znam życie długo by to nie trwało, dlatego na miejscu czwartym ląduje, a właściwie lądują, sprzęty dużo wygodniejsze:

4. Suzuki GS1000S Wes Cooley Replica/Kawasaki Z1R 

Dlaczego dwa sprzęty na jednej lokacie? Bo dla mnie te motocykle muszą egzystować wspólnie. Przez całe lata 70-te ganiały się po największych asfaltowych arenach wyścigowych. W cywilu rywalizowały o serca klientów i nastolatków, którzy wieszali sobie ich zdjęcia nad łóżkiem. Dziś definiują całą magię czterocylindrowej rewolucji będąc jej najwyższą formą. Ascetyczne mechaniczne formy, które przemawiają do mnie jak nic na świecie. W Europie Suzuki GS1000S Wes Cooley Replica jest dużo mniej znane niż Kawasaki Z1R, które wszędzie gdzie się pojawi robi furorę. Są to też jedyne motocykle w tym zestawieniu, które mógłbym poddać przeróbkom. Są one wdzięcznym tematem do budowy restomoda, jednak żeby tego dokonać trzeba mieć obszerny portfel, ale przecież to garaż marzeń. No i rzecz najważniejsza – owiewki bikini, uwielbiam je.  W ich ramach tkwią silniki chłodzone wiatrem, a przecież wiadomo, że jak Bóg chciał żeby silniki były chłodzone cieczą to oddychalibyśmy skrzelami… a nie to było o napędzie na tył, ale czyż to stwierdzenie nie pasuje do tych maszyn? Pora na podium:

3. Moto Guzzi V11 Le Mans/Moto Guzzi Daytona RS

MOTO-GUZZI-V11-Le-Mans-8189_2

Na miejscu trzecim dwie Włoszki. Długo myślałem czy umieścić tu Daytonę, czy Le Mans. Ostatecznie zdecydowałem się w moim garażu marzeń postawić oba motocykle. Daytona porywa mnie samą koncepcją. Jest to ostatni sportowy roadster. Włosi pod koniec lat 80-tych nadal trzymali się tej wymarłej już wtedy koncepcji. Ostatecznie świata sportu nie zawojowali, ale wyszedł im charakterny potwór. Na jego zgliszczach powstał MGS-01, który do dziś jest najwyższą formą sportowego Gutka. No i jeszcze jedna rzecz – wszystko co ma w nazwie Daytona jest zajebiste. Historię tego jednośladu dokładnie możecie poznać tutaj. V11 Le Mans to trochę inny gad. Co prawda Moto Guzzi z uporem maniaka pchało go do segmentu maszyn sportowych, ale była to maszyna, która zatrzymała się gdzieś w latach 70-tych. Gdy na niego patrzę mam przed oczami cały koloryt ówczesnych wyścigów gdy ramie w ramie ścigały się ze sobą widlaste dwójki, boksery i rzędowe czwórki. Czasem nawet pojawiały się wściekle jęczące dwusuwy. Niewątpliwie chcę wejść do tego świata. Tymczasem pora na Czeszkę:

2. Jawa 500 OHC

Jawa 500 OHC

Muszę się wam do czegoś przyznać. Jestem psychofanem Tatry. Raz w roku jeżdżę do Kopryvnicy do muzeum Tatry by chłonąć atmosferę jaką stworzył Hans Ledvinka z ekipą. Stare Jawy również do mnie mocno przemawiają. 500 OHC pierwszy raz zobaczyłem dawno temu w Automobiliście. Kilka lat później w motocyklowej szopie w Českiej Vsi miałem okazję ją dotknąć. Gdy byłem tam drugi raz udało mi się ją usłyszeć. Pogadałem też z właścicielem, który stwierdził, że jest na świecie dwóch Czechów, którzy potrafią naprawić ten silnik. Jeden ma altzheimera, a drugi pamięta doskonale debiut Heleny Vondráčkovej. Tak więc już niedługo ten motocykl stanie się nienaprawialny. Powiedział też, że pomimo 26 KM nie jest to zbyt dynamiczna bestia. Często też rzuca palenie, a wtedy można jedynie płakać ze złości. Spójrzcie jednak na nią. Krwista czerwień, chromowany bak, wielki silnik z wałkiem rozrządu w głowicy, który napędzany jest wałkiem królewskim. To wszystko w latach 50-tych! Nie jest idealna, ale Margot Robbie też pewnie nie potrafi ugotować klusek śląskich z roladą i modrą kapustą, a czyż nie jest piękna?

1. Laverda V6 

V6-Villa+Veneta+007

Z tą panią poznaliśmy się niedawno. Właściwie to ja ją poznałem, bo ona nie wie nawet o moim istnieniu. Sprzęt ten to totalne szaleństwo pod każdym względem. Zbudował ją gość, który nigdy wcześniej nie konstruował motocykli. Silnik, który jest w ramie to widlasta szóstka, która jest pomniejszoną wersją silnika z Citroena SM. Skrzynia oczywiście również jest typu samochodowego. Projekt ten pochłonął tyle pieniędzy, że zabił swoją firmę. Maszyna generowała 140 KM, a silnik miał 20 KM zapasu. W 1978 roku! Takie parametry dla litrowych motocykli był charakterystyczne pod koniec lat 90-tych. Laverda V6 pojawiła się tylko w jednym wyścigu gdzie powaliła konkurencję, a następnie uległa spektakularnej awarii – typowa Włoszka. Jest tylko jeden problem. Ziemia nosi dwa egzemplarze tej bestii, z czego jeden jest jako tako na chodzie. Laverda V6 pozostanie więc na zawsze nieosiągalna, oddałbym wiele żeby spędzić z nią chociaż jeden dzień.

 

Tak wygląda moja motocyklowa topka. Moje opus magnum, choć na pewno nie pełna lista. Czy ten garaż marzeń będzie wyglądał tak już zawsze? Nie wiem, pewnie nie. Nie sądzę jednak by ktoś zrzucił z tronu Laverdę V6. Zgłębiam się w historię motocykli i jak na razie nie widzę nic co wzbudzałoby we mnie większe emocje, ale nigdy nie mówmy nigdy, a zawsze staram się być otwarty w temacie jednośladów.

3 thoughts on “(Mój) motocyklowy top 10

  1. hheh… Zastanawiam się ile masz lat autorze. Zarówno strona jak i ten artykuł tchną młodzieńczym polotem. Z drugiej strony gusta mamy zbieżne a ja już, niestety, młodzikiem nie jestem. Ogromny szacun! Acha! No i też ujeżdżam dużego „Giksa”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: