Royal Enfield Himalayan

Muszę się Wam do czegoś przyznać. – nienawidzę współczesnych SUV-ów i choć takie samochody jak Range Rover, czy na przykład stare Pajero, są spoko, to to co się dzieje dziś w segmencie uterenowionych samochodów wzbudza we mnie odrazę. Motocyklowym odpowiednikiem SUV-ów są maszyny nazywane Adventure. Jak pewnie łatwo się domyśleć, za nimi również nie przepadam. Choć po tym jak miałem okazję spędzić trochę czasu z BMW R1200 GS zrozumiałem co ludzi przyciąga do takich sprzętów – to niewątpliwe kompetentny turysta, zdolny do wielu rzeczy. Jednak między mną, a „Beemką” nie ma żadnej chemii. Drugim producentem mocnym w tym segmencie jest KTM, ale ma on tyle tych sprzętów adventure, że ja tego nie ogarniam – 1290, 1250, 1150. Z kołami aluminiowymi, szprychami, z ze zwykłym zawieszeniem, elektronicznym. Wierze, że te maszyny wymiatają, że są w terenie nie do zatrzymania, ale jak na nie patrzę to przychodzi mi tylko jedna myśl do głowy – „po co?” Jak ktoś lubi, to spoko, ale dla mnie to jest wszystko zbyt skomplikowane. Jest jeszcze Honda Africa Twin i do niej jest mi chyba najbliżej. Fajna jest, mocna na tyle na ile to potrzebne i wydaje się wąska w „biodrach”, ale to też wielgachny sprzęt. Jest jednak w klasie adventure motocykl, który sprawia, że moje ślinianki działają tak jakby przed oczami pojawił mi się dorodny pączek – Royal Enfield Himalayan.

29317_Royal_Enfield_Himalayan

24,5 KM zaklęte w singlu o pojemności 411 cm, chłodzenie wiatrem, klasyczna stalowa rama, wielkie szprychowane koła (21 cali z przodu, 17 z tyłu). Asceza w czystej postaci. W nosie to mam, że ten pojazd nie posiada osiągów, w nosie mam, że prezentuje poziom techniki akceptowalny w latach 60-tych, ale nie teraz. Dawno nie pragnąłem dosiąść żadnego sprzętu tak jak tego Royala. Jest on lekarstwem na współczesny przepych i pośpiech. Gdy patrzę na jego zdjęcia wyobrażam sobie leśne ostępy, które przemierzam nieśpiesznie. Prześwit jest spory, masa stosunkowo niewielka, a skoki zawieszeń duże, a że jest powolny? Co to ma za znaczenie – on niczego nie udaje i nie próbuje tego robić, za to chyba go najbardziej lubie.

Royal Enfield Himalayan BikeSocial Review003

Royal Enfield to dziś marka przedziwna. Jej historia zaczyna się w 1893 roku. Pierwsze motocykle zaczęły wyjeżdżać z fabryki już w 1902 roku. Pomijając wiele szczegółów, które nie są istotne dla tego tekstu, kolejną ważną datą był rok 1954. Wtedy to armia indyjska zamówiła 800 motocykli tej marki by patrolować granicę z Pakistanem. Fabryka z realizacją tego zlecenia miała spore trudności, ale ostatecznie udało się zamówienie zrealizować. Armia dostała 350 centymetrowe single, które bardzo dobrze spełniły swoje zadanie. Rok później w wyniku coraz większych potrzeb zdecydowano się na zakup licencji. W międzyczasie macierzysta firma – w Wielkiej Brytanii – upadła. Hindusi uporządkowali sprawy loga i stali się jedynymi właścicielami marki Royal Enfield.

Przez lata te sprzęty stały się podstawowym środkiem transportu dla indyjskich służb. Jeździło nimi wojsko, policja – wszyscy. Również wśród prywatnych klientów był popularny jako pojazd rodzinny, dostawczy – po prostu użytkowy. Z racji braku funduszy, rządowych kontraktów i specyficznego rynku Royal Enfield nie rozwijał się. Producent oferował single o pojemności 350 i 500 ccm, zmiany były kosmetyczne. Powstała wersja silnikiem diesla, której napęd pochodził z agregatu, ale to już dla mnie za duży hardkor. Pod koniec lat 90-tych sprzęty te zaczęły się masowo pojawiać w Europie. Fani klasyki, którzy nie dostawali orgazmu na widok cruiserów, byli zachwyceni. Mieli przed sobą nowy motocykl żywcem wyjęty z lat 60-tych. Miał on wiele niedoróbek, jakość często pozostawiała sporo do życzenia, ale tacy ludzie nie boją się ubrudzić rąk, czy poprawić niedoróbek fabryki. Royal Enfield chwycił i choć była to maszyna dla specyficznej grupy klientów to można było na niej zarobić. Co skrzętnie wykorzystały firmy, które sprowadzały te maszyny do  Europy. Niestety UE wtrąciła swoje trzy grosze i z każdym rokiem coraz trudniej było sprzedawać te motocykle na Starym Kontynencie. Royale dostały wtrysk paliwa, tarczowy hamulec, ABS, czy katalizator, trochę się to kłóciło z ich ascetycznym image, ale i tak w „salonie” tej marki mogliśmy dostać totalnie odjechany sprzęt, odjechany bo niedzisiejszy. Uwielbiam to podejście.

2018-Royal-Enfield-Himalayan-Review-Adventure-Motorcycle-1

Himalayan to pierwszy zupełnie nowy motocykl od lat 50-tych. Pomimo tego jest to maszyna wyjęta z lat 60-tych, ale jakby liźnięta współczesnym stylem i prawidłami dzisiejszego rynku. Jakby w 1961 roku istniał segment adventure to byłby to archetyp takiej maszyny. Tego typu rzeczy nie zdarzają się często, toż to przekładanie współczesnych wzorców na technikę rodem sprzed pół wieku. Nie wiem czy twórcy zrobili to specjalnie, czy tak im wyszło. Ostateczny efekt przeszedł wszelkie pojęcie. Himalayan to motocykl kuriozalny, który we współczesnym świecie nie ma racji bytu, ale jest, istnieje i wiem, że wielu się nim podnieca (ja również). To właśnie pokazuje, że retro nie musi być nudne. Nawet jeżeli wyszedł taki przez przypadek to pożądam go całym sobą. Himalayan nie ma konkurencji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: