cafe racer

Cafe racer (cz.1) – hit czy kit?

„Każde pokolenie ma własny czas” – śpiewał kiedyś Grzegorz Skawiński. Niewątpliwe można to odnieść do motocykli. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych każdy Polak chciał być Amerykaninem, a każdy motocyklista Harleyowcem. Niestety niewielu było stać na sprzęty z Milwaukee. No, ale przecież zawsze można sobie wystrugać erzac i gnać na piknik country w Mrągowie (swoją drogą – podobno w tamtym czasie impra była niezmiernie spektakularna). Na choppery przerabiano wszystko: Junaki, radzieckie boksery, Jawy 350-tki i co tylko wpadło w ręce. Większość tego typu sprzętów mogłoby trafić na fanpejdż Chujowe Motocykle od tak. Druga połowa lat 90-tych to nowy nurt chujowości – streetfightery. W skrócie wyglądało to tak. Cebra, czy inna FZR-ka, spotykała się z elementem przydrożnego krajobrazu tracąc przy tym owiewki i inne bzdety, które prawdziwemu motocykliście są niepotrzebne. Często osiowość ramy również zostawała gdzieś między płotem, a latarnią. Odbudowa takiego gruza przekraczała cztery średnie krajowe więc robiło się to na streeta. W PKS-ie załatwiało się reflektor z Autosana H9 i blachę ryflowaną. Szczypta „talentu” i streetfighter jak malowany.

streetfighter

Oczywiście oba zjawiska troszeczkę demonizuje, ale wszyscy wiemy, że zalew syfu w tamtych czasach był ogromny. Czy dziś jest lepiej? Troszkę przez ten czas nasze portfele spuchły (przynajmniej statystycznie), porządny motocykl nie kosztuje tyle co mieszkanie w centrum Warszawy. Nie! Dziś jest dokładnie tak jak wtedy. Dziś wszystko robimy na „coffika”. Może to być jakiś sportowy sprzęt, turystyk, młody klasyk. Pół biedy gdy twórca zachowuje kanon i jego sprzęt ma jakieś proporcję i elementy, które w cafe racerze są niezbędne, czyli clip-ony i charakterystyczny garb. Niestety wielu myśli, że jak obetnie zadupek i obciągnie (bez podtekstów :-P) kolektory taśmą bazaltową to już ma mega cafe racera. Tak to nie działa. W środowisku zrodziła się pruderia, która na słowa krytyki karze nakładać embargo w imię durnego hasła – „o gustach się nie dyskutuje”. O czym mają więc dyskutować fani motocykli nietuzinkowych jak nie gustach? Na Boga! Dyskutujmy o gustach – byle na poziomie. Wróćmy do tematu – cafe racer. Zbudowanie fajnego coffika to nie lada sztuka. Ja mam w tej materii dość hardcorowe podejście i najbardziej podobają mi się te, które powstały na bazie bezpośrednio nawiązującej do lat 60-tych, ale szanuje też bardziej liberalne konstrukcje. Gdzie jest więc problem, o którym tu ględzę? Dwie kwestie. Pierwsza – baza. Przed przystąpieniem do prac warto spoglądnąć na motocykl i zadać sobie pytanie, „czy to w ogóle ma szanse powodzenia?” Nawet jeśli podejdziemy optymistycznie do tematu to nie każdy motocykl nadaje się do takiej przeróbki i możemy mieć talent na miarę najlepszych w branży, a i tak wyjdzie kasztan. Druga – kanon. Mam taki fetysz – uwielbiam szufladkować motocykle i umieszczać je w odpowiednich grupach. To jest pomocne gdy pisze się o jednośladach, a jednocześnie niezrozumiałe dla ludzi, którzy rozróżniają trzy typy motocykli – ścigacz, „czoper” i „taki duży”. Z kimś takim raczej nie ma co dyskutować. Jednak są jeszcze „Janusze cafe racerów”, dla takiego jegomościa cafe racerem jest wszystko: scrambler, bratstyle, czy nawet seryjne Kawasaki W800.

bratstyle

Jest kanon, który prawi jasno, że cafe racer to motocykl o sportowej sylwetce, sportowej pozycji i możliwie szybszy od swojej bazy, a to i tak podane jest w dużym uproszeniu, bo przecież zupełnie pomijam takie elementy jak odpowiednio oldskulowy look. Warto o tym pamiętać – moim zdaniem. 🙂  Jednak to nie jest jedyny problem jaki widzę. Ten drugi wydaje się jeszcze bardziej poważny. Cafe racer od jakiegoś czasu rządzi segmentem neoklasyków dostępnych w salonach. Jeśli robi to Triumph, to jest to świetna reminiscencja dawnych form we współczesnym wydaniu. W tym przypadku nawet chłodzenie cieczą akceptuje, ponieważ wygląd angielskich maszyn broni się sam. BMW również zrobiło swojego cafe racera, który jest pokraczny. Dziwi to o tyle, że Nine T jako baza wydawał się idealny, ale Niemcy ewidentnie tego stylu nie czują. Dalej mamy Suzuki i ich cafe racera na bazie SV650. Na widok tego motocykla mam odruch wymiotny. To nie wszystko – jest jeszcze Ducati, które w modelu Scrambler 1100 też próbuje przemycać ‚coffikowe” naleciałości. Na szczęście jest to dość subtelne i nienachalne, choć sam Scrambler jest już dość mocno hipsterski i jako taki nie wzbudza we mnie uznania. Najbardziej wkurzyła mnie jednak Yamaha jakiś czas temu ostatnią modernizacją XJR-ki. Kiedyś mi się wydawało, że ten model będzie jak Lenin – wiecznie żywy. Jednak wódz rewolucji odszedł i XJR-ka też odeszła, a przed śmiercią oszpecono ją niemiłosiernie. Ktoś wpadł na pomysł, że ma ona być cafe racerem. No rzesz kierwa mać! Jak? Gdzie? Co mają wspólnego japońskie motocykle z cafe racerami? Chyba tylko to, że kiedyś je (cafe racery) dobiły i posłały w niebyt. XJR-ce skrócono zadupek, zmniejszono zbiornik paliwa, zamontowano mały reflektor (który nijak nie komponował się z ogromnymi zegarami) i powiedziano gawiedzi, że to zawsze był cafe racer. Yamaha jednym machnięciem ręki zabiła całą historię superbike’ów z końca lat 70-tych i początku 80-tych. Przecież motocykle, z których wywodziła się XJR-ka startowały przez dobrą dekadę w wyścigach, dlaczego nikt nie wpadł by do tego nawiązać? Mało tego, w Japonii istnieje spora scena, która właśnie tak preparuje ten model i doprawia oryginalną sylwetkę sportowymi akcentami z lat 70-tych i 80-tych. Wygląda to świetnie – zawsze. Tak to jest gdy za pomnikowe modele biorą się spece od marketingu. Na szczęście szał na cafe racery dla Yamahy się skończył, szkoda tylko że razem z nim odeszła XJR-ka.

Yamaha XJR

Konkludując. Popyt na cafe racery sprawia, że tego typu maszyny zaczynają być symbolem gruza odbudowanego za tanie pieniądze (jak kiedyś choppery, czy później streetfighery) to psuje opinię tym naprawdę dobrym konstrukcjom, choć one oczywiście bronią się same, ale jednak pojęcie cafe racera się dewaluuje. Nazywanie cafe racerem każdego przerobionego motocykla również działa źle, i choć nie wymagam od nikogo by zagłębiał się w każdy odłam customowego piekiełka, to warto znać kanon, który ukształtował formę cafe racera. Pozostają jeszcze firmy motocyklowe, które nadal eksploatują cafe racera jak tylko mogą. Takie koszmarki jak Suzuki SV650XA, BMW R Nine T Racer, czy Kawasaki Z900RS Cafe nadal każą się zastanowić gdzie leży granica dobrego smaku. Czy Suzuki nie mogłoby nawiązać do charakternego GS1000S Wes Cooley Replica, lub XR69? Czy BMW nie mogłoby ożywić legendarnego R90S? Czy Kawasaki nie mogłoby wziąć kanciastych form jakie rozpalały zmysły fanów modelu Z1R i tchnąć je w Z900RS? Żaden z tych producentów nie ma nic wspólnego z nurtem cafe racerów, każdy ma własną historię wspaniałych modeli, które można przywracać bez końca. Dlaczego się tego nie robi? Cafe racer to świetny rodzaj motocykla, ale jest kundlony na każdym kroku. Rasowych maszyn jest niewiele, ale miejmy nadzieję, że obronią one ten nurt i sprawią, że do cafe racera nie dodamy do chopperów z lat 90-tych, czy kilka lat młodszych streetfighterów.

 

3 thoughts on “Cafe racer (cz.1) – hit czy kit?

  1. „Takie koszmarki jak Suzuki SV650XA, BMW R Nine T Racer, czy Kawasaki Z900RS Cafe nadal karzą się zastanowić gdzie leży granica dobrego smaku.”

    W tym wypadku winno być „…nadal każą się zastanowić…” – „każą” od „nakazu” czy też od „kazać” (ż), a nie „karzą” od „karać” czy „kary” (rz).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: