chopper

Chopper, czyli jak to było z tym przesadnie długim przednim widelcem.

Zlane deszczem Beskidy skłaniają do przemyśleń. Dziś więc po raz kolejny będzie mniej merytorycznie, a bardziej o tym jak widzę nasz motocyklowy świat. Przyszedł czas bym zajął się rodzajem motocykla, który przez lata został skundlony i sprowadzony do miana maszyny służącej – w najlepszym razie – do podrywania dziewczyn na zlocie.

Chopper, czyli jak to było z tym przesadnie długim przednim widelcem.

Na początek – nie każdy motocykl w amerykańskim stylu to chopper! Jak widzę gdy ktoś określa chopperem Yamahę XV1600 to mam ochotę bić bez ostrzeżenia. Wspomniana Yamaha to cruiser, będący kopią koncepcji, która urodziła się w Milwaukee. Cruiser to ciężki motocykl do szybkiej turystyki. Idealnym jego przedstawicielem jest Harley-Davidson FL 74, czyli Knucklehead. Oczywiście mam tu na myśli stan na lata 40-te, góra 50-te. Zresztą w owym czasie nie istniał termin cruiser, a takie maszyny określano jako dressery. A chopper czym jest? No właśnie zaprzeczeniem powyższej koncepcji. Jednak to też nie jest tak, że nic ich nie łączy.  Bez dresserów nie byłoby chopperów, ale w drugą stronę to już nie działa. Tutaj warto dodać, że H-D odcinał się od idei choppera do późnych lat 70-tych. Pewnie Was zaskoczę, ale to nie film Easy Rider dał początek chopperom ale przyczynił się do całej tej durnej gadki o wolności, którą Amerykanie wykorzystują do granic absurdu, a i naszym „true bikerom” się ona udziela. Dość dobrym źródłem informacji są tutaj wspomnienia Sonnego Bargera, czyli legendarnego – w pewnych kręgach – prezydenta klubu Hells Angels. Żeby zrozumieć idee choppera trzeba się cofnąć do połowy lat 40-tych. Wtedy to po wojennej zawierusze wyłonił się rodzaj motocykla, którego dziś określamy mianem bobbera. Historia tego typu sprzętów toczyła się dwutorowo.Z jednej strony mieliśmy hordy weteranów wojennych, którzy składali stare żelastwo odkupione z wojskowego demobilu. Sprzęty pozbawiano niepotrzebnego osprzętu, a co bardziej odważni pozbawiali wszystkiego czego się tylko się dało. Z drugiej strony była młodzież wywodząca się z klasy średniej, którą było stać na nowe sprzęty. Robili dokładnie to samo, choć oni wzorowali się na maszynach sportowych, a i nierzadko startowali w wyścigach. Co ciekawe środowiska te nie przenikały się praktycznie wcale, ale ich wyroby były bardzo do siebie podobne. Może pomijając legendarne wydarzenia w Holister, o których opowiada film The Wild One, ale jak łatwo się domyśleć wyszła z tego gruba zadyma. Bobber zawsze miał jednak seryjną ramę i zawieszenie. Gdzieś pod koniec lat 50-tych idea szybkiego motocykla w USA zaczęła się radykalizować. Seryjne zawieszenie już nie każdemu odpowiadało (a i domorośli mechanicy znacznie lepiej radzili sobie z przerabianiem swych sprzętów, a potrzeba indywidualności pchała tych najlepszych na nowe niezbadane wody). Tutaj z pomocą przychodzi Barger, który już w latach 60-tych dosiadał czegoś co moglibyśmy dziś określić chopperem. Omawia on w swojej książce ten styl dość szczegółowo. Po co wydłużony widelec? Po to żeby motocykl był szybszy! Dziś to może brzmieć dziwnie, ale to naprawdę miało sens. Specyfika amerykańskich ulic jaka jest wszyscy wiemy. Do tego legendarne już „wyścigi z pod świateł” to ważny element tamtejszej kultury motoryzacyjnej, a i od wielu lat sport. Każdy kto się bawi w wyścigi na ćwiartkę wie, że wydłużony rozstaw osi zapewnia stabilność przy przyspieszaniu. To popchnęło ówczesnych budowniczych do wydłużenia widelca i efekt był znakomity (choć dziś rozstaw osi uzyskuje się raczej przez majstrowanie przy tylnym zawieszeniu i wahaczu). Po co duże przednie koło? Wąska opona i felga obniżały masę, czyniły więc motocykl szybszym. Dlaczego sztywna rama? Bo innej nie było, ale wszyscy wiedzieli, że to gówniana koncepcja.  Podsumowując, chopper dla Amerykanów był tym czym cafe racer dla Anglików. To były motocykle sportowe i to cholernie radykalne. Każdy chopper z tamtych lat jest zaprzeczeniem ergonomii, ale na prostej idzie jak wściekły (oczywiście w porównaniu do dresserów z tamtych lat). To co się stało później to już marketingowa papka, szarganie opinii jednej z najbardziej radykalnej koncepcji budowy szybkiego motocykla i rozdrobnienie legendy. Doprowadziło to do tego, że dziś nikt nie pamięta, że chopper to przodek dragsterów, ostra maszyna do szybkiej jazdy! Pomijam już idiotyczne określanie chopperem wszystkiego co ma widlasty silnik i amerykański styl. Najbardziej wpienia mnie gadka o tym, że chopper to motocykl spacerowy! Krew się we mnie gotuje i przypominają mi się wszystkie przekleństwa jakie znam, a jest tego trochę. Chopper to sprzęt do szybkiej jazdy i atomowych przyspieszeń. Chopper (jako koncepcja) to ojciec jednośladowego drag racingu, choć raczej rozpychał się on na drogach publicznych, ale bez niego nie byłoby dragsterów. Niewątpliwe dziś są dużo lepsze sposoby do szybkiej jazdy niż chopper, ale czy z cafe racerem jest inaczej? Nie. W latach 70-tych Willy G. Davidson stwierdził, że nie ma co walczyć z Japończykami, odpuścił wyścig zbrojeń i zaczął sprzedawać legendę, z którą producent do tamtej pory otwarcie walczył. W tym choppery, seryjny chopper to taki trochę oksymoron, podobnie jak wspomniany cafe racer, ale byłbym to w stanie zaakceptować. Przez lata pojawiło się kilka sprzętów, które dobrze czuły tą koncepcje. Był to na przykład H-D Softail Night Train, czy Standard. Nawet Japończykom udało się zgrabnie nawiązać do tego stylu w Intruderze 1400, którego posiadałem (w jedynie słusznej czterobiegowej wersji). Gdzie jest problem? Chopper z gruntu jest niewygodny, wymagający i tak naprawdę nie nadaje się do jazdy. Gdy uliczni zawadiacy przesiedli się na nowocześniejsze sprzęty, a zadymiarze z lat 60-tych pokupowali Electry w czarnym macie bo się zestarzeli chopper stał się produktem marketingowym, którym nikt już się nie chciał ścigać od świateł do świateł. Trzeba było więc go ucywilizować, żeby w ogóle ktoś normalny chciał go używać. Świat poszedł do przodu, a chopper pozostał w latach 60-tych. Nie byłoby w tym nic złego, ale w między czasie narodził się idiotyczny marketing o wolności i pierdoły o samotnych wilkach na swych stalowych rumakach. Jakimś cudem wpisał się w to chopper, ale w swej upośledzonej formie. Wszystko się to ciągnie do dziś i tak piękna koncepcja radykalnego motocykla drogowego stała się pożywką dla kit, szyb i innych elementów wystroju „prawdziwego” motocyklisty. Smutne to, bywają jednak choppery, które wpisują się w pierwotną koncepcję, ale nie są kopią maszyn z lat 60-tych i odkrywają je na nowo. Z obecnym postrzeganiem choppera mam zamiar walczyć tak długo jak wystarczy mi sił. 👊Niewątpliwe beton w tym temacie jest jeszcze bardzo gruby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: